Wtykam swoje czarne słuchawki do uszu i próbuję się wyłączyć. Przyznam szczerze, że nie lubię swojego otoczenia. Czy życie z zaufanymi ludźmi też jest takie szare? Niby nie, ale świat nie pokazuje innego twierdzenia. Czuję na sobie wzrok mojego kota - Rose, zdecydowanie powinna być biała. Zawsze znajduje się obok, kiedy tego potrzebuję, jest lepsza niż przyjaciel. Podchodzi do łóżka i na nie wskakuje. Czuję jej lekki ciężar na mojej klatce piersiowej i pomruki. Zamykam oczy i marzę. Nie, marzenia się nie spełniają. Gdybym mogła mieć choć trochę wyobraźni byłoby inaczej. Mam przed oczami obraz mojej wychowawczyni - zawsze powtarzała, że szczęście jest obok nas, ale my go nie widzimy. W sumie miała rację. Nie dostrzegamy bliskości tego, czego tak zawzięcie szukamy.
-Do diabła, Mel! -czuję jak ojciec wyrywa mi słuchawki z uszu. Przewracam oczami i siadam na swoim łóżku, kiedy zauważam, że Rose już dawno spłoszył mężczyzna z masą zmarszczek. Przyglądam się wyrazowi jego twarzy i widzę grymas. -Nie podoba mi się to, że wróciłaś ze spotkania z Nicole i po prostu poszłaś się położyć! Nie wpadłaś na to, że twój brat potrzebuje jakieś pomocy w lekcjach?
Och, czyli powracamy do punktu wyjścia? To Ted chodzi do szkoły, nie ja.
-Nie potrzebuje mojej pomocy. -wstaję z łóżka i zbieram swoje brudne ubrania, które są porozwalane po moim, dość przestrzennym, pokoju.
Wiedziałam, że prędzej czy później zmusi mnie do zajęcia się połową obowiązków, ale nie chciałam się zgadzać. Omijam wysoką sylwetkę mojego ojca i kieruję się do łazienki. Wrzucam swoje brudy do kosza na pranie i strzepuję niewidzialny pył z dłoni.
-Za godzinę wychodzę do Josha. Przykro mi, ale musisz sobie poradzić sam z domem i swoim synem. -uśmiecham się na pokaz i zamykam drzwi od łazienki. Naprawdę nie mam zamiaru z nim przebywać.
Rozpuszczam włosy i poprawiam je ruchem ręki. Siadam na brzegu wanny i czekam, aż minie około pięć minut. To i tak długo, ale nie chcę już rozmawiać z ojcem, naprawdę mam już dość kłótni, co do opieki nad Tedem. Młody ma piętnaście lat. Nie potrzebuje już stałej opieki w każdej chwili. Mną tata przestał się interesować, kiedy miałam trzynaście lat. Zostałam całkowicie olana. Ted wydaje się być bardziej normalny niż nasz ojciec. Zawsze mogę pozmawiać z bratem. Dobrze dogadujemy się ze swoimi znajomymi i to jest chyba najważniejsze. Jednak naprawdę nie podoba mi się sposób w jaki ojciec go traktuje.
Decyduję się opuścić pomieszczenie. Łazienka jest drugim miejscem, które najczęściej odwiedzam. Kiedy zamykam za sobą drzwi, zauważam Josha, siedzącego na kremowym fotelu. Na mojej twarzy maluje się zdziwienie. Ciemny blondyn zwraca uwagę wyłącznie na ekran swojego telefonu. Staram się go ignorować i podchodzę do garderoby. Odsuwam drzwi i szybko łapię sukienkę, która prawie zleciała z wieszaka.
-Myślę, że będziesz wyglądać w niej świetnie. -słyszę szept Josha. Obracam się i widzę jak opiera się całym ciężarem o oparcie fotela. Uśmiech z jego twarzy nie znika, ale ja jestem bardzo zirytowana. -Nie przesadzasz czasami? Ubierzesz raz na kilka lat sukienkę, to naprawdę tak bardzo boli? -podnosi brew. Zmuszam się do uśmiechu i kręcę głową.
Naprawdę nie wiem co zrobić w tej sytuacji. Byliśmy umówieni na spacer, a tymczasem Josh przychodzi do mojego domu. Miałam zamiar ubrać jakieś proste szorty, ale nie chcę się z nim sprzeczać. Spoglądam kątem oka na chłopaka i widzę, jak szuka czegoś w spodniach. Josh jest coraz bardziej nerwowy.
-Widziałaś może moje klucze? Zapomniałem wziąć z domu... -patrzy się na mnie, a ja podchodzę do mojej torebki i wyciągam z niej pęk kluczy.
-Weź moje. Dałeś mi je, jakby coś, a teraz się przydadzą.
Jeśli skończyłeś/aś mile widziany będzie komentarz:>